Na stronie www.zieloni2004.pl/forum
napisałem wpis dotyczący problemu gramatyki i płci.

Na blogu Ras Fufu opisał dość spokojnie walne zgromadzenie zielonych w Warszawie, gdzie opisał moje wystąpienie:

Transseksualista upominający się aby formy męskie i żeńskie w partyjnym statucie (skarbnik/ skarbniczka) zostały tak zmienione aby odzwierciedlać jego niezdecydowanie między obiema płciami. Ktoś zauważył, że polska gramatyka nie przewiduje niestety takich słów, ktoś inny w tyle sali zaproponował cichutko „skarbni-coś”.


[zdjęcie wiktora [wiki] matlakiewicza z asuconu, konwentu miłośników mangi i anime połączonej z niewinnym pokazem – cosplayem]

Nie uważam się za transseksualistę. Raczej chodzi o to, że nie interesują mnie tak bardzo sprawy płci i seksualności jeśli chcę z kimś podyskutować i powymieniac się argumentami. To jak w ksiazce Aristoi W. J. Williamsa, gdzie bohater był jakby poza płcią. Według istniejących obecnie definicji jestem więc albo transgenderystą albo queer o_O
Nie rozumiem tylko po co takie określenia dla kogoś, kto chce rozmawiać o agumentach, zamiast o tym czy do rozmówcy zwracać się: lekarz/lekarka, sekretarz/sekretara itp…

Sprawa sprowadza się do tego, że przed sformuowaniem wypowiedzi trzeba: zrobić ankietę jaką płeć dana osoba czuje, obejrzeć jego paszport hidźry, obejrzeć pod stołem jakie ma narządy płciowe i polecieć do szpitala sprawdzić jakie ma geny. To jest niemozliwe, więc żeby nie urażać nikogo należałoby przyjąć jakies rozwiązania systemowe w gramatyce.

Rozwiązania według mnie można podzielić na dwie grupy.
1. Uznawać zawsze trzy rodzaje [pan/pani/inni] Na przykład Lekarze, lekarki i inne płcie wykonywujące ten zawód.
2. Zdecydować na jeden rodzaj.
Zgadzam się tutaj z Katarzyną Paprzycką „Feministyczny głos przeciw feminizacji form męskich”:

Nie ulega wątpliwości, że nazwy zawodów są rodzaju męskiego ze względu na to, że kobiety były wypchnięte ze sfery publicznej. Jest to więc pozostałość ewidentnego ciemiężenia kobiet. Nie ulega też wątpliwości, że kobiety nadal nie mają równych szans
w życiu publicznym. Niemniej jednak feminizacja form męskich w tym im nie pomoże, a wręcz może zaszkodzić – marginalizując je dalej.
Źródłem całego problemu jest po prostu fakt, że bycie kobietą, czy mężczyzną, jest nieistotne […]. Wyróżnianie […] jest zatem nieuzasadnione. Płeć nie powinna wpływać na językowe wyróżnienie nazw […] zawodów, tak samo jak nie wpływają inne cechy takie, jak tusza, wzrost, kolor oczu, narodowość, wyznanie religijne itd.
Oczywiście powinniśmy pamiętać skąd się dominacja rodzaju męskiego w tej sferze języka wzięła. […] Walczyć jednak powinniśmy nie z nazwami, lecz z dominacją mężczyzn, która jest źródłem wspomnianego stanu umysłów.

Problem w tym, że język polski ma trudności z uzywaniem zawsze rodzajników nieokreślonych. [Pisze o tym Milena na swojej stronie hermafrodytyzm.org, gdzie dla osoby o innej płci użyła formy żeńskiej]
Można też wybrać jeden rodzaj czy to żeński, czy to męski dla wszystkich form. [osobiście uważam, że łatwiej wtedy by było wybrać ten, którego jest więcej w języku i zapewnie jest to rodzaj męski]. Lub też [i to rozwiązanie podoba mi się najbardziej] „zostawić wszystko jak jest” stosując dowolnie formę męską, czy żeńską uznając jakby „z definicji”, że obejmuje ona wszystkie płcie i tylko przy wymienianiu – dodawać i inni. Na przykład: posłowie, posłanki i inni; lub po prostu posłanki [z definicji obejmując cala grupę].

Kończąc napiszę, że ostatnie rozwiązanie powoduje może najmniejsze zmiany rewolucyjne, ale po co pchać energię w ‚ustawianie’ języka polskiego, kiedy za 200 lat angielsko-chiński język ‚wspólny’ załatwi ten problem po swojemu?